Kamperem do Chorwacji – część I. Dlaczego tym razem pojechaliśmy przez Słowację i Węgry?
Trasę do Chorwacji planowaliśmy z dużym wyprzedzeniem. Z Wrocławia teoretycznie najprościej zrobić skok przez Czechy i Austrię – krócej, taniej, mniej paliwa. Piękny plan, tylko że nasi sąsiedzi zza południowej granicy zaczęli ostatnio ważyć kampery z zapałem godnym lepszej sprawy.
Nie mamy powodów sądzić, że nasza maszyna jest przeważona. Ale po co komu na starcie urlopu dodatkowe atrakcje i stres? Wybraliśmy Plan B: Słowacja i Węgry. Dziś wiemy, że była to bardzo dobra decyzja.
Nawigacje nadal mają z tym problem
Google Maps, Waze i TomTom uparcie prowadziły nas przez Czechy. Najkrótsza trasa i koniec dyskusji. Żadnego „omiń kraj", żadnego „omiń region" – w 2026 roku nadal nie ma prostej opcji, która pozwoliłaby powiedzieć aplikacji: nie, tam akurat nie chcę.
Rozwiązanie okazało się archaiczne, ale skuteczne: punkt pośredni w okolicach Zwolenia i kilka ręcznych poprawek. Po chwili walki mieliśmy zarys trasy, o który nam chodziło, z noclegiem na Węgrzech.
Nie ścigajcie się z czasem
W internecie łatwo trafić na relacje z przejechania 1200–1400 km jednym ciągiem. Gratulacje, tylko po co?
Nikt normalny nie spędza za kierownicą więcej niż 7–8 godzin. Po tylu godzinach kierowca reaguje jak człowiek po dobrym „kielichu" – i nie ma znaczenia, że jedzie się we dwójkę i można się zmieniać. Nie sztuką jest zrobić komuś krzywdę. Wakacje mają być przyjemnością, a nie testem wytrzymałości.
Paliwo – nie tankujcie w Polsce więcej, niż musicie
Pierwszy pełny bak zatankowaliśmy we Wrocławiu. Liczyliśmy, że na Górnym Śląsku będzie taniej – miejscami było wręcz drożej. Ceny zrobiły się sympatyczne dopiero po przekroczeniu granicy.
W dniu naszego wyjazdu (lipiec 2026) najzwyklejszy diesel kosztował:
| Kraj | Cena ON |
|---|---|
| 🇵🇱 Polska | 7,89 zł/l |
| 🇸🇰 Słowacja | 7,36 zł/l |
| 🇭🇺 Węgry | 7,32 zł/l |
Pół złotego różnicy to nie rewolucja, ale przy tankowaniu 55–60 litrów (nigdy nie jeżdżę do zera) robi się z tego jakieś 30 zł na jednym baku. Niby drobiazg, ale skoro nie trzeba przepłacać, to po co przepłacać. Najprościej: dojechać do granicy ze Słowacją i zatankować już po drugiej stronie.
Uwaga – stacja BP tuż przy polskiej stronie granicy. Odradzamy stanowczo. Jedne z najwyższych cen paliwa w okolicy, parking obok płatny 25 zł, a sanitariaty… cóż. Pisuar jechał moczem chyba od miesiąca, podłoga sprawiała wrażenie, jakby nigdy nie poznała mopa. Czas się tam zatrzymał i najwyraźniej nikt go nie zamierza odblokować. Kilka kilometrów dalej znajdziecie znacznie lepsze miejsca.
Słowacja
Objazd na D1 – mniej straszny, niż go malowano
Sporo stresu kosztowała nas informacja o objeździe na D1. Objazd rzeczywiście był, ale poza jednym odcinkiem – jakieś 3 km jezdni „dwukierunkowo-jednokierunkowej", gdzie dwa kampery po prostu nie mają się gdzie minąć (nie chcę wiedzieć, jak to wygląda zimą) – okazał się całkiem znośny i praktycznie bez ruchu.
Wrażenia (i toi-toie)
Słowacja jako kraj tranzytowy nie zaoferowała nam wielkich atrakcji. Jeden wyjątek: Bratysława. Przejeżdżaliśmy przez nią z otwartymi ustami – architektura zrobiła na nas takie wrażenie, że już wiemy, że wrócimy tam na osobny weekend.
Drugi wyjątek jest mniej romantyczny. Zjeżdżając na słowackie MOP-y, celujcie wyłącznie w te oznaczone symbolem WC. Reszta też ma „toaletę", jeśli za toaletę uznać wysłużone, śmierdzące toi-toie.
Winieta na Słowację
Tu pełne skupienie. Winietę kupujemy tylko w oficjalnym serwisie:
Pośrednicy piszą po polsku, w opisie mają, że są „oficjalni" (ach, ten marketing) i za dokładnie tę samą winietę potrafią doliczyć około 60 zł prowizji. Po co?
Druga rzecz: jadąc na dwa tygodnie, nie kupujcie winiet dziennych. Różnica między dwoma dniówkami a całym miesiącem to jakieś 1 euro - czyli 16 vs 17.
Węgry – największe pozytywne zaskoczenie
Zaraz za Bratysławą wjechaliśmy na węgierską autostradę i pierwsze, co rzuciło się w oczy, to ruch, który po prostu zniknął.
Winieta D1 czy D2, czyli mała epopeja
Tu znowu była jazda. W dowodzie rejestracyjnym mamy w pozycji J kategorię M1 – kamper zarejestrowany jak osobówka, wolno nam jechać powyżej 80 km/h. Przy zakupie winiety trzeba jednak wybrać kategorię pojazdu, a to już zupełnie inna bajka.
Zapytałem AI. AI powiedziało: D1. AI, jak wiadomo, może popełniać błędy – i tym razem popełniło. Znajomi uświadomili nas, że policja się czepia, a dowodu rejestracyjnego oglądać nie zamierza. Właściwa jest D2.
Pierwsza winieta (D1) kosztowała 150 zł. Trudno, myślę, kupię drugą. Piszę do sprzedawcy – dwa dni ciszy – po czym zakup został cofnięty. To siup, kupiłem właściwą.
- Winieta D2, 30 dni: 190,06 zł
- Oficjalny sklep: https://nemzetiutdij.hu/pl
Uwaga na marginesie: to ten adres. Nie żaden inny, choćby wyglądał znajomo i mówił po polsku.
Stereotypy kontra rzeczywistość
Przyznaję się bez bicia: jechałem na Węgry z wyobrażeniem kraju rozwijającego się, w głębokim kryzysie – takiego, jaki wyłania się z tego, co się o nim słyszy w telewizji. Nie twierdzę, że po jednym przejeździe poznałem kraj i zostałem znawcą. Ale szczerze: mocno się zaskoczyłem.
Nie zwiedzaliśmy miast ani osiedli – jechaliśmy na kemping, więc interesowały nas na wstępie dwie rzeczy: drogi i paliwo.
Drogi okazały się po prostu europejskie.
Komfort podróżowania – naprawdę wysoki.
Do czasu. Ostatnie 30–40 km przed Balatonem przypomniało nam, czym jest źle utrzymana nawierzchnia: w kamperze wszystko trzeszczy i huczy, więc zwolniliśmy do 30–40 km/h. Do tego liczne małe miejscowości z ograniczeniem do 40 km/h i kręte drogi. Po pokonaniu 750 km z Wrocławia to właśnie te ostatnie kilkadziesiąt kilometrów były najbardziej męczące.
Pierwszy kemping nad Balatonem
Dobrze zorganizowany, czysty, ładna trawiasta plaża, piękne zejścia do wody. Krótko mówiąc – porządny obiekt. A mimo to nie jesteśmy pewni, czy wrócimy.
Koszty: około 670 zł za dwie noce plus płatny na miejscu podatek klimatyczny 6 zł/os./dobę. Cenowo umiarkowanie, jak na taki standard. Pomiędzy 13 a 15 siesta, no a właśnie dotarliśmy o 13.20… 2 h czekania na wpuszczenie; meldunek można było zrobić od razu, ale tylko 1 osoba mogła wejść do biura… dziwne zasady kempingu Révfülöp Napfény, sjestę mogli zrobić po 16-17…
Problem w tym, że to moloch. Na szczęście zamówiliśmy dużą parcelę – piękną, zacienioną kasztanowcami i platanami. Piękną, ale:
- bez przyłącza wody,
- z prądem trzy parcele dalej (jesteśmy w pełnym off-gridzie, więc podpinanie się na jedną dobę mijało się z celem),
- na całym kamperowisku jest jeden punkt czerpania wody i zrzutu szarej, ukryty w labiryncie wąskich ścieżek. Tankowania wody też więc sobie odpuściliśmy.
Sklep na miejscu: ceny raczej porównywalne z wrocławskimi. Nie zaskakują, ale też nie są istotnie niższe – załączam zdjęcia w oryginale, a do przeliczania zachęcam skorzystać z naszego kalkulatora (aplikacja lub strona WWW).
Na tym kończymy pierwszą część relacji z wyjazdu do Chorwacji. W kolejnej – co dalej, czyli droga na południe i pierwsze chorwackie wrażenia.