Wakacje w Chorwacji - część II

Wakacje w Chorwacji - część II

28 lipca 2026 ChorwacjakempingValmar

wróć do listy

Kamperem do Chorwacji – część II. Szlaban, gulasz i droga na Krk

Plany. Któż ich nie ma… A jak bardzo bywają przydatne w podróży, wie chyba każdy. Każdy, kto nie przyjeżdża na Węgry do kempingu Napfény ;)

Bo dziwne zasady tego obiektu mają ciąg dalszy. A szkoda, bo potencjał jest.

Kemping z regulaminem zamiast recepcji

Jeśli planujesz przyjechać i wyjechać wtedy, kiedy Ci pasuje – czeka Cię niespodzianka. Między 23:00 a 6:00 szlaban jest zamknięty, a ruch po kempingu wstrzymany. Podobnie prysznice i umywalki. Na całe szczęście toalety działają całą dobę – gdyby wieczorem coś zaczęło uwierać.

Sam wyjazd o 6:10 nie należał więc do przyjemnych. Ale muszę jeszcze wrócić do przyjazdu.

Przywitał nas wtedy pan umiarkowanie przyjemny, który wpuścił do biura tylko jedną osobę. W pierwszej części relacji zupełnie go pominąłem, bo uznałem, że to incydent. Otóż nie, moi drodzy. Choć widział nas dzień wcześniej – jakieś 40 godzin – a pobyt mieliśmy opłacony z góry, zażądał okazania potwierdzenia przelewu albo e-maila, że zapłaciliśmy.

Chwalę Węgry za jakość dróg i biję się z własnymi stereotypami, ale mentalnie niektórzy chyba jednak zatrzymali się w poprzedniej epoce. Świetny materiał na bohatera zupełnie innego tekstu, tyle że w tej pracy trzeba ludzi pamiętać. No ile nowych twarzy mógł zobaczyć przez te czterdzieści godzin?

Wniosek końcowy: raczej nie wrócimy. Tym bardziej że rynek parkowania kamperów na Węgrzech jest uregulowany podobnie jak w Polsce – na naszej mapie zaznaczyłem miejsca, gdzie potencjalnie da się przespać „na dzikusa". Z całkiem niezłą plażą i zapleczem sanitarnym, załatwianym po ludzku: wchodzisz do knajpy, coś kupujesz albo płacisz te 2–3 euro. I wszyscy zadowoleni.

Bisztró 71 – tu akurat wrócimy

Jest jeszcze jedna rzecz, którą muszę poruszyć. W Révfülöp działa restauracja Bisztró 71. Poleca ją wiele osób i ja będę kolejną.

Jedzenie wyśmienite. Wreszcie coś narodowego, węgierskiego – gulasz, a nie wszechobecna pizza i inne badziewie w rodzaju hamburgerów i frytek. Te akurat zjem w każdym innym miejscu na świecie, a McDonald's jest tak wystandaryzowany, że raczej nie liczyłbym na lokalny akcent.

Przepraszam za fotografie – jedzenie już lekko nadpoczęte ;)

gulasz wołowy
Angus z bliną ziemniaczaną

Ceny: jak we Wrocławiu, czyli około 60–70 zł za danie. Napoje 10–15 zł za 0,33 l.

6:10, czyli ucieczka spod szlabanu

Ruszyliśmy o 6:10. Droga wzdłuż Balatonu okazała się umiarkowanej jakości, ale po czterdziestu kilometrach wjechaliśmy na drogę ekspresową i zrobiło się naprawdę dobrze.

Po drodze zatankowaliśmy na węgierskiej stacji – decyzja trafiona z dwóch powodów:

  • cena paliwa gwałtownie skoczyła zaraz po wjeździe do Chorwacji,
  • stacji na trasie w stronę wyspy Krk wcale nie ma tak wiele, jak można by zakładać.

Krótko mówiąc: bak do pełna jeszcze na Węgrzech. Nie ma nad czym dyskutować.

Autostrada, bramki i niemiecka szkoła jazdy

Odcinek do rozjazdu między Rijeką a Splitem był emocjonujący. Złożyły się na to: potężne natężenie ruchu, wypadek na drodze, przejazd jakiegoś VIP-a w asyście motocyklistów oraz – to już zupełnie osobna kategoria – zachowania kierowczyń zza Odry.

Całe życie słyszałem, jakie to autostrady mają Niemcy. Mają, owszem, i mieli je dużo wcześniej niż my. Choć dziś jest ich tam mniej i częściej są dwupasmowe niż nasze. Ale wydawałoby się, że jeśli ktoś wychował się na autostradzie między każdymi dwoma miastami, to potrafi podjechać do bramki tuż przy automacie z biletem.

Otóż nie. Pierwsza stanęła centralnie na środku pasa i musiała wysiąść po bilet. Druga… cóż. Nie mogła dosięgnąć do biletu (fakt, drukarki zamontowano nisko), ale zamiast rach-ciach otworzyć drzwi i go wziąć – czekała na obsługę.

Więc jeśli widzicie gdzieś korek, to już wiecie, skąd się bierze. Nie do końca zrozumiałe było zresztą także zachowanie pozostałych kierowców: bramek osiem, a wszyscy ustawiali się do czterech.

Refleksja na marginesie: a może oni po prostu nigdy tych bramek nie mieli?

30 euro za dziury

Ruch był ogromny, a droga – delikatnie mówiąc – kiepskiej jakości. Ciągłe ograniczenia do 80 km/h z powodu kolein, do tego dziury.

I szczerze: nie warta tych 30 euro za przejazd od granicy do Krk. Węgrzy mogliby tu być nauczycielem. Teść twierdzi, że dokładnie ten sam numer przerabiał w Chorwacji dwadzieścia lat temu – więc albo tradycja, albo spryt: bierzemy kasę i przepraszamy za utrudnienia. Prawie jak polskie autostrady, jedne z najdroższych w Europie, gdzie jedziesz jednym pasem i nikomu nie przychodzi do głowy, żeby wziąć połowę stawki. Ech.

Ostatni odcinek dobił nas skutecznie: kręto, kręto i jeszcze raz kręto, góra, dół, góra. Rollercoaster na finał dnia.

Uwaga praktyczna. Jechaliśmy w niedzielę około 13:00. W stronę wyjazdu z wyspy waliły samochody zewsząd, a korek sięgał 14–20 km. Już wtedy zarządziliśmy, że wyjeżdżamy o 6:00. Recepcjonistka w Bašce potwierdziła nasze rachuby: maksymalnie do 8:00. Życie zapewne napisze własny scenariusz ;)

Valamar Camping Baška – i zapanował spokój

Wreszcie dotarliśmy do Baški, na kemping Valamar Camping Baška. I nagle wszystko wróciło na swoje miejsce. Miła obsługa, błyskawiczne zameldowanie, zero podejrzliwych pytań o potwierdzenie przelewu.

Miły akcent: mam aplikację Valamaru i dostałem 15 € urodzinowych, 5 € powitalnych oraz kilka za zameldowanie – w sumie uzbierało się 62 € do wydania w beach barze. Zobaczymy, jak te podarowane euro działają w praktyce; zdam relację.

Przy okazji: dzięki aplikacji zrobiliśmy check-in jeszcze w domu. Ani paszport, ani dowód nie były potrzebne przy rejestracji – nie pamiętam, żebym cokolwiek wyciągał. Na stronie widnieje informacja, że dokument tożsamości trzeba mieć ze sobą, więc pewnie jednak warto go mieć. Ale do formalności nie był potrzebny.

Pierwsze wrażenie: moloch, ale cichy

Bo moloch to jest. Tyle że świetnie zorganizowany i zaskakująco cichy. Ludzi pełno, a tłumu jakoś nie widać.

Dostaliśmy pięknie zadrzewioną parcelę, przy czym każde stanowisko w sektorze „C" sprawia wrażenie zaskakująco intymnego. Powiem wprost: wow. Wstępne wrażenia takie, że warto było podjąć trud drogi.

Pierwszego dnia przywitała nas jeszcze burza około 20:00. A potem jednego dnia siedzieliśmy w piekarniku, drugiego w airfryerze. W każdym razie poniżej 35 stopni licznik nie schodził.

Ciąg dalszy – już z wyspy Krk – wkrótce.

Przydatne linki

v.0.0.1.391